Sonntag, 2. Dezember 2018

Pierwsza samodzielna wyprawa.


Podróże dają nam możliwość nie tylko lepszego poznania siebie; dzięki podróżowaniu poszerzamy nasze horyzonty, poznajemy nowe zwyczaje, tradycje, ludzi.
Uczymy się myśleć i działać w nieznanych nam dotąd warunkach. A także ponosić konsekwencje podjętych przez nas kroków.

Prawda to, albo i nie, ale moim zdaniem żyłkę do podroży czuje się od najmłodszych lat.
Planowanie, wyszukiwania kolejnego celu, organizacja, dopinanie szczegółów na ostatni guzik, uczucie doświadczyć coś nowego czy nawe tak zwane "reise fieber" - to właśnie to, co tak lubimy w podróżach. Emocje towarzyszące przygotowaniom sprawiają, że każda podróż, nawet ta najmniej originalna czy egzotyczna, dla nas osobiście może stać się podróżą życia.

Moja pierwsza wielka, samodzielna wyprawa miała miejsce w słoneczny letni dzień. Miałam wtedy może 7, maksymalnie 8 lat. Nawet nie chcę myśleć, co by groziło moim rodzicom, gdyby to zdarzenie miało miejsce obecnie, a nie dobre 30 lat temu...

Wyprawa planowana była z wyprzedzeniem, za cel wybrałam małą kamienistą zatoczkę rzeki w sąsiedniej miejscowości. Towarzyszy podróży też dobrałam sobie odpowiednich - rok młodszego brata i 4 lata młodszego kuzyna. Spakowaliśmy kocyk, prowiant i równym krokiem powędrowaliśmy do celu. Szliśmy dzielnie, krajem drogi, po lewej stronie - jak nas uczyli w szkole (albo w przedszkolu). Wtedy nie było  jeszcze chodników; zresztą i teraz ich brakuje (przynajniej na tej trasie). Jak długo nam to zajęło - nie wiem.  Do przejścia mieliśmy około 4-5 km. Po dotarciu na miejsce rozłożyliśmy kocyk, pomoczyliśmy nogi w rzece, pochłoneliśmy nasz prowiant i oddaliśmy się błogiemu odpoczynkowi.

Co się w nich działo pod naszą nieobecność, lepiej nie opowiadać. Zdenerwowani rodzice szukali nas po całej okolicy, biegając od sąsiada do sąsiada. Po jakimś czasie moja mama przypomniała sobie, jak zachwycałam się tym małym, uroczym zakątkiem nad rzeką i zawróciła poszukiwania w tym kierunku.
Przyjechała rowerem, zabrała nasze buty, żebyśmy przypadkiem nigdzie dalej się nie wybrali. A że było gorąco i asfalt (smoła się topiła), było to całkiem rozsądne posunięcie. Zostaliśmy zmuszeni siedzieć na miejscu. Po jakimś czasie przyjechał za nami wujek - tata naszego kuzyna i zabrał nas do domu, całych i zdrowych. Po powrocie okrzkykom "radości" i łzom "szczęscia" nie było widać końca.
Wrażenia z mojej pierwszej samodzielnie zaplanowanej wyprawy pozostaną, bez wątpienia, długo niezapomniane. I to nie tylko prze ze mnie.
Jednak nie zniechęciły mnie do poźniejszych podrózy.

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen