Podróże dają nam możliwość nie tylko lepszego poznania siebie; dzięki podróżowaniu poszerzamy nasze horyzonty, poznajemy nowe zwyczaje, tradycje, ludzi.
Uczymy się myśleć i działać w nieznanych nam dotąd warunkach. A także ponosić konsekwencje podjętych przez nas kroków.
Prawda to, albo i nie, ale moim zdaniem żyłkę do podroży czuje się od najmłodszych lat.
Planowanie,
wyszukiwania kolejnego celu, organizacja, dopinanie szczegółów na
ostatni guzik, uczucie doświadczyć coś nowego czy nawe tak zwane "reise
fieber" - to właśnie to, co tak lubimy w podróżach. Emocje towarzyszące
przygotowaniom sprawiają, że każda podróż, nawet ta najmniej originalna
czy egzotyczna, dla nas osobiście może stać się podróżą życia.
Moja
pierwsza wielka, samodzielna wyprawa miała miejsce w słoneczny letni
dzień. Miałam wtedy może 7, maksymalnie 8 lat. Nawet nie chcę myśleć, co
by groziło moim rodzicom, gdyby to zdarzenie miało miejsce obecnie, a
nie dobre 30 lat temu...
Wyprawa planowana była z
wyprzedzeniem, za cel wybrałam małą kamienistą zatoczkę rzeki w
sąsiedniej miejscowości. Towarzyszy podróży też dobrałam sobie
odpowiednich - rok młodszego brata i 4 lata młodszego kuzyna.
Spakowaliśmy kocyk, prowiant i równym krokiem powędrowaliśmy do celu.
Szliśmy dzielnie, krajem drogi, po lewej stronie - jak nas uczyli w
szkole (albo w przedszkolu). Wtedy nie było jeszcze chodników; zresztą i
teraz ich brakuje (przynajniej na tej trasie). Jak długo nam to zajęło -
nie wiem. Do przejścia mieliśmy około 4-5 km. Po dotarciu na miejsce
rozłożyliśmy kocyk, pomoczyliśmy nogi w rzece, pochłoneliśmy nasz
prowiant i oddaliśmy się błogiemu odpoczynkowi.
Co się w
nich działo pod naszą nieobecność, lepiej nie opowiadać. Zdenerwowani
rodzice szukali nas po całej okolicy, biegając od sąsiada do sąsiada. Po
jakimś czasie moja mama przypomniała sobie, jak zachwycałam się tym
małym, uroczym zakątkiem nad rzeką i zawróciła poszukiwania w tym
kierunku.
Przyjechała rowerem, zabrała nasze buty, żebyśmy
przypadkiem nigdzie dalej się nie wybrali. A że było gorąco i asfalt
(smoła się topiła), było to całkiem rozsądne posunięcie. Zostaliśmy
zmuszeni siedzieć na miejscu. Po jakimś czasie przyjechał za nami wujek -
tata naszego kuzyna i zabrał nas do domu, całych i zdrowych. Po
powrocie okrzkykom "radości" i łzom "szczęscia" nie było widać końca.
Wrażenia
z mojej pierwszej samodzielnie zaplanowanej wyprawy pozostaną, bez
wątpienia, długo niezapomniane. I to nie tylko prze ze mnie.
Jednak nie zniechęciły mnie do poźniejszych podrózy.